gmina-pokoj-slider2.jpeg
 
Wybierz język:

Pamiętniki z lat 1944-1969 - Jadwiga Leszczyńska - WYZWOLENIE MAGDY ŁAZDUŃSKIEJ

WYJŚCIE NA PROSTĄ

 

Pamiętniki z lat 1944-1969

 

CZYTELNIA WARSZAWA 1973
Jadwiga Leszczyńska

 

WYZWOLENIE MAGDY ŁAZDUŃSKIEJ

 

               

 

Zakopane — środa, 16 maja. 1945 r.

 

                Inaczej wyobrażałam sobie w Birkenau powrót do domu. Nie wiem czemu, zdawało mi się, że gdy przyjdę, ujrzę na tarczy zegara w stołowym pokoju rodziców godzinę 7 minut 5. I zbiegną się wszyscy kochani na mój dzwonek u drzwi — witać, i będzie krzyk, łzy radości... Wyobrażałam sobie, że tatuś przygotuje mi kąpiel, a mama położy do łóżka w czystą pościel — odpoczywaj. Że będą mnie karmić lanymi kluseczkami na mleku i kurzym rosołkiem — nabieraj sił. Że wyciągnę się jak długa —  w pojedynkę — na całym tapczanie (a nie w siedem, jak na koi,, albo we trzy na wąskim łóżku w łagrze!) i że najpierw wypłaczę wszystkie zapiekłe w ciągu trzech lat łzy, by potem móc się śmiać. Tymczasem właściwie nic się nie sprawdziło z naiwnych marzeń.

 

                W tej chwili, w starej rodzinnej willi zakopiańskiej nie czuję się obco. Tu odnalazłam synków i Matkę. Wiem, że długo nie popasiemy w ciocinej willi. Trzeba będzie rychło poszukać innego dachu nad głową. W naszej sytuacji nie ma mowy o odpoczywaniu, nabieraniu sił. odkarmieniu się po łagrze, o żadnych lanych kluseczkach i rosołkach! Żyjemy z tego, co rodzina i przyjaciele Mat pożyczą. Wszyscy ogromnie jej współczują, że tak tragicznie owdowiała i została bez środków do życia, z dwoma małymi wnukami na dodatek.

 

 

 

                Środa, 30 maja

 

                Podążając z Niemiec zajechałam do Nowego Targu, gdzie według kartki od Mat otrzymanej w lagrze w Wigilię (jedynej wieści od rodziny po Powstaniu) mieli się znajdować wszyscy moi. Tymczasem zastałam tam tylko bratową z jej rodzinką. Mat i synkowie przenieśli się już do Zakopanego, a brat wyruszył jeszcze w kwietniu z rządową ekipą na Śląsk obejmować i zabezpieczać w imieniu Rzeczypospolitej obiekty przemysłowe, zakłady pracy, fabryki, kopalnie itp. Wróciwszy do Nowego Targu, braciszek pośpieszył zaraz do Zakopanego, by zobaczyć się ze mną. Dopiero od Antka dowiedzieliśmy się o ich decyzji emigrowania na Śląsk Opolski.

 

Wtorek, 31 lipca — Wyzwolenie

 

                O godzinie 23 dopchaliśmy się do Opola. Dworzec niezbyt duży. Znać wszędzie zniszczenie wojenne i powojenne zaniedbanie. Oświetlenie mizerne. Ponuro. Pusto. Mimo późnej pory i godziny policyjnej — ruszamy. Brat prowadzi. Ulica ciemna — oko wykol.

 

— Nic nie gadać, stąpać cicho! Tu strach przed maruderami. Ograbiają, mordują! — szepce brat. Nie dodaje odwagi! Więc na paluszkach, milczkiem... Wreszcie brama. Schronisko PCK. Schody w górę. Nigdzie płomyka, choćby świeczki. Nikogo — III piętro. Drzwi w lewo. Otwarte. Przywykłe już do ciemności oczy dostrzegają dwuszereg piętrowych łóżek. Nie słychać, aby ktoś spał na którymś. Nic zresztą pewnego. Ciemno. Suniemy w głąb, w sam kąt. Bezpieczniej dalej od drzwi. Zestawiamy ciasno trzy łóżka. Ani skrzypnęły. Ładujemy się na górę. Wszyscy troje obok siebie. Gołe sienniki. Kurczymy się od chłodu bez koców. Szyba wybita.

 

                Opole — ciche miasto bez tramwajów, ruchu. Domy stoją cale, nic licząc tu i ówdzie zniszczonych i wypalonych do cna wokół rynku. Śliczny, oryginalny ratusz. Na ogół wrażenie zaniedbania. Sklepy przeważnie pozamykane, zabite deskami. Na każdym kroku znać rękę szabrowników. Nie wstępuję do Inspektoratu — wolę przed ostateczną decyzją obejrzeć to — o pięknej nazwie — Wyzwolenie. Jedziemy. Zaraz za miastem wielka cementownia. Nieczynna. Ogromne dziury w ścianach pokazują, w jaki sposób i którędy wywożono z niej maszyny.

 

                Szkoda, że okolica taka płaska. Serce jakoś nie lgnie do tego krajobrazu. I nagle piękna w rysunku przydrożna kapliczka. Mijając, widzę we wnętrzu ukwiecony, duży złocony obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. I od razu jakby się wokół wszystko odmieniło w oczach. A więc polska musi być ta ziemia i jej lud. Jestem w Polsce — na Śląsku! Są różnice na pewno — tymczasowe i przejściowe — nawet istotne, ale głęboka treść ta sama.

 

                Dojeżdżamy — ogłasza brat.

 

                Kilka ruinek i dalej szereg murowanych domków, fabryka, mur parku i zatrzymujemy się przed siedzibą braterstwa. Małe rozczarowanie. Antek mówił co prawda „domek", ale ja wyobrażałam sobie willę. A tu — faktycznie za drewnianym płotkiem — parterowa chałupa z facjatką. Pompa i chlewik — w głębi sadek i koniec.

 

                Brat mnie objaśnia, że któryś z oddziałów Czerwonej Armii zajął. Wyzwolenie bez jednego wystrzału. Zaraz na początku stycznia bieżącego roku.

 

Miejscowa ludność przyjęła wejście sowietów spokojnie, nawet z zadowoleniem, jako zapowiedź końca wojny. Ślązacy-Polacy czekali od lat — od trzech powstań śląskich — na wyzwolenie spod pruskiego jarzma. Najbardziej zagorzali Niemcy i zwolennicy reżimu hitlerowskiego dali stąd w porę drapaka. Pozostali tylko neutralni — zasiedleni — przywiązani do swych domostw i miejscowości. Od końca XVIII wieku — Wyzwolenie, czyli — jak go Niemcy nazwali — Freiburg, należało do Herzoga, Niemca. Wybudował tu sobie pałac — „szlos", założył park, postawił w 1772 r. zbór ewangelicki. Herzog sprowadzał się wraz z rodziną, całym dworem, służbą, rzemieślnikami — ma się rozumieć samymi rodowitymi Niemcami. Wszyscy ci przybysze stawiali sobie pałacyki, domy, wille. Miejscowych, rdzennych Ślązaków-katolików mówiących po polsku spychano na krańce osady budowanej gwieździście wzdłuż ośmiu rozchodzących się od szlosu alej. Z biegiem czasu Wyzwolenia rozrastało się, a pod koniec XIX w. przekształciło się w miejscowość kuracyjną. Istniały też dwie szkoły wyznaniowe podstawowe czterooddziałowe i państwowe niższe gimnazjum. Poza tym internatowa szkoła gospodarcza dla dziewcząt, prowadzona przez zakonne siostry od „Notre Dame”. Zostały założone trzy fabryki: obuwia, „leśnego włosia” i likierów, dające zatrudnienie mieszkańcom. Wyzwolenie posiadało własną gazownię. Była też poczta, drukarnia. No, jednym słowem było do 1945 roku bogatą osadą — nieomal miasteczkiem liczącym 2500 mieszkańców. Wojny tu nie odczuto właściwie wcale. Sprowadzeni przymusowo na roboty Polacy zastąpili miejscowych mężczyzn wziętych do wojska. Dla nich władze hitlerowskie stworzyły obóz pracy. W styczniu poszedł z dymem przede wszystkim szlos i jego najbliższe otoczenie, tj. pałacyki, wille, hotele, wszystko wspanialsze „burżujskie i germańskie”.

 

                Życie się normuje. Wójt objął władzę, jest posterunek milicji. Jednak miejscowa ludność nieprędko zapomni styczeń.

 

 

 

                Środa, 1 sierpnia

 

                Pierwsza rocznica Powstania Warszawskiego! Porównać: zagładę półtoramilionowego miasta i spalenie w siedemdziesięciu procentach dwu i półtysięcznego Freiburga. Sześć lat okupacji z kilku dniami, nawet tygodniami, nieszczęść freiburżan. Proporcje: osiemset tysięcy zamordowanych warszawiaków — do stu sześciu osób w Wyzwoleniu. Wiem — nie można cyfrowo przeliczać żałoby serca. Tutejsi ludzie w ogóle nie wierzą w żadne krzywdy, straty, cierpienia, zadane nam przez Niemców.

 

Nie wierzą w zbrodnie niemieckie popełniane w czasie całej okupacji na Polakach i Żydach. Nie słyszeli nigdy i nie chcą wiedzieć o obozach koncentracyjnych, gettach, gazowaniu ludzi. Nie godzą się z oskarżeniem hitlerowców o zniszczenie Warszawy: „Warszawę zniszczyli sami Polacy” — powiedzieli, kiedy brat zaczął opowiadać w swojej fabryce prawdę o zbrodniach niemieckich dokonywanych na cywilnej ludności — kobietach i dzieciach, o grabieżach. „Propaganda! Niemcy to byli porzundni ludzie. Mówicie, bo wam tak każą!”

 

                Ciężka sprawa!

 

                Z samego rana wybrałam się na zwiedzenie Wyzwolenia i do gminy dla załatwienia sprawy szkoły, mieszkania, przydziału jakichś mebli. Postanowiłam nie przyznawać się do pokrewieństwa z bratem — „panem dyrektorem”. Zobaczę, jak będą gadać ze zwykłą kandydatką na nauczycielkę.

 

                Zaraz za ogrodem zboru ewangelickiego — to, co mnie interesuje najwięcej — szkoła. Brat mi mówił, że właśnie ten budynek przeznaczony jest na polską szkolę. Wobec tego obchodzę i oglądam ze wszystkich stron. Trochę cofnięty od drogi piętrowy dom z czerwonej cegły, boisko duże; za sztachetami w głębi ogród warzywny. Przy boisku murowany budyneczek gospodarski z zagrodą na kozy, świnie, króliki, kury, drwalka, pralnia. Całość sprawia dodatnie wrażenie.

 

                Więc klamka zapadła! Zdecydowane — sprowadzam się z synkami i Mat do Wyzwolenia. Już się nie cofnę. Stary sołtys pomyślałby, że ludziom z Polski nie można wierzyć, bo są jak hetki-pętelki i nie dotrzymują słowa. Pokażę, żem nie z tych.

 

 

 

                Sobota, 2 sierpnia

 

                Siedzę w gmachu Starostwa. W Inspektoracie Szkolnym załatwiono mnie od ręki. Bardzo przypadł mi do serca inspektor, Ślązak opolski. Jest prosty, po prostu koleżeński, po wyższych studiach matematycznych w Krakowie. Przyjął mnie serdecznie, nieomal z wdzięcznością za to, że decyduję się osiąść i nauczać w Wyzwoleniu.

 

 

 

                Środa, 22 sierpnia

 

                Przywiozłam już z Zakopanego Mamę i chłopców.

 

                Do szkoły ziemną drogą, czyli ulicą Żeromskiego, idę dziewięć minut. Szuraj dotrzymał obietnicy.

 

Trzecia klasa gotowa! Ściana zwalona dźwigar umieszczony, murarze kończą robotę. Na podłodze bieli się nowa deska w miejscu, gdzie stał mur dzielący pokoje i widać zamurowane drzwi do mieszkania woźnej.

 

Całkiem ładna, duża klasa. Woźna — wdowa Kozakowa, ma się wprowadzić i zabrać do sprzątnięcia całej szkoły. Szuraj przyjął mnie życzliwie: — Więc pani przyjechała naprawdę! Nie tak jak zapowiedziany kierownik, który nie raczył nawet dać znać, że rezygnuje z posady w Wyzwoleniu.

 

 

 

                Sobota wieczór — 26 sierpnia — przy ogarku świecy

 

                Dopiero co wróciłam z Opola, bardzo zmęczona. Drzemałam na furmance. Tak się długo jedzie i jedzie... Od godziny 4 rano czekałam przed gminą na konie. Taki był zapowiedziany przez wójta termin odjazdu. Tymczasem bryczka podjechała o szóstej, a wójt zjawił się o siódmej. Nawet nie uważał za stosowne przeprosić. Ale ja się nie dam! Parą koni jedzie się o wiele prędzej. Już o godzinie dziesiątej zajechaliśmy przed gmach starostwa. Zebranie odbyło się w szkole nr 1. Kiedy weszłam na salę nieco spóźniona, wszystkie głowy zwróciły się ku mnie. Byłam jedyną niewiastą między kierownikami rejonowymi. Inspektor W. przemawiał sympatycznie i mądrze. Musimy podjąć się przerastających nas często zadań, bo nie ma nas kto w nich zastąpić. Brak nauczycieli kwalifikowanych, doświadczonych, z większym stażem pracy w zawodzie. Przewiduje trudności, z jakimi będziemy musieli się borykać. Władza szkolna żywi nadzieję, że się na żadnym z nas nie zawiedzie. Żeby nam pomóc, ułatwić pracę — inspektor ma zamiar zwoływać częste konferencje i osobiście omawiać, objaśniać, radzić poszczególnym osobom w ich trudnościach. Więc inspektor prosi nas wszystkich o przybywanie na każde wezwanie, na zebrania. Na nich będą odczytywane wszelkie rozporządzenia, zalecenia, postanowienia władz oświatowych. Dziś ogłasza początek roku szkolnego na dzień 3 września 1945 roku. Historyczne zdarzenie otwarcia szkół polskich na Opolszczyźnie należy uczcić możliwie jak najuroczyściej. Klasy szkolne udekorować, porozumieć się z miejscowym proboszczem w sprawie odprawienia w tym dniu szkolnej mszy i odśpiewania w kościele „Boże coś Polskę”. Potem pochodem udać się do szkoły.

 

                Okazuje się, że w gminie Wyzwolenie jest najmniej uruchomionych szkół. We wszystkich innych w powiecie sytuacja przedstawia się znacznie lepiej. W niektórych pracuje już po dwadzieścia kilka sil nauczycielskich. W niejednej miejscowości nauka rozpoczęła się jeszcze wiosną, zaraz po przejściu frontu. No, ale tam nie mieszka tylu rodowitych Niemców co tutaj.

 

A może też tamtejsza ludność nie musiała uciekać przed oswobodzicielami aż do lasu? Jestem pewna, że gdy uruchomiona zostanie linia kolejowa do Opola i do naszej gminy napłyną kandydaci na nauczycieli.

 

                Dziś, 26 sierpnia 1945 roku, podpisałam umowę o pracę z moja władzą. Dokument na specjalnie wydrukowanym formularzu, z podpisem i państwową pieczęcią z orłem. Mucha nie siada — formalnie!

 

 

 

                Wtorek, 28 sierpnia

 

                Od wczoraj szkoła gotowa na przyjęcie uczniów! Wszystko lśni się, czysto, przyjemnie. Orzeł biały zdobi ścianę nad katedrą mojej klasy. Obrazki z bajkami wiszą między oknami. Ławki z Wólki ustawiłam w cztery rzędy. Jest sześćdziesiąt miejsc siedzących.

 

                Dziś rano wybrałyśmy się z koleżanką Kasią do proboszcza prosić o mszę na 3 września. Przyjął nas u siebie w mieszkaniu nad szpitalikiem. Był chyba szczerze ucieszony wizytą. Starał się wysławiać w najlepszej polszczyźnie, co mu się tylko częściowo udawało. Porozumieć się z nim w każdym razie można. Ksiądz robi sympatyczne wrażenie, sądząc z wyglądu — porządny człowiek.

 

 

 

                3 września — poniedziałek po południu

 

                Do kościoła na godzinę dziewiątą przybył tłum wyelegantowanych dzieci. Trzeba było widzieć te zaprasowane na kant „galoty” chłopców, białe koszule, wypucowane buty, te ciasno splecione warkoczyki dziewcząt i kwieciste sukieneczki. Serce rosło!

 

                W czasie nabożeństwa bractwo zachowywało się prawie wzorowo. Dla młodzieży stoją tu na samym przedzie specjalne ławki. Dziś nie zmieścili się w nich wszyscy młodsi, zajmując kilka rzędów dalszych miejsc dla dorosłych. „Boże coś Polskę” z towarzyszeniem organów odśpiewałyśmy tylko my obie z Kasią — bardzo wzruszone polskie nauczycielki. Mało było nas słychać. Na koniec proboszcz wygłosił kazanie do dzieci. Mówił płynnie po polsku (widocznie wyuczył się na pamięć). Odnosiłam wrażenie, że dzieci wcale nie słuchają księdza albo i nie rozumieją. Potem proboszcz w długiej sutannie z pelerynką wyszedł przed kościół i pomógł ustawiać nam dzieci. Znał je wszystkie z imienia i bezbłędnie włączał do grupy uczniów z Wyzwolenia lub z Żabieńca. My z Kasią nieprędko dałybyśmy sobie z tym radę. Milcząc ruszyła długa kolumna. Dzieci nie znały ani jednej polskiej pieśni czy piosenki.

 

W jakim takim porządku doszliśmy do Domu Ludowego. Tu nagle szeregi się załamały i wszyscy chłopcy rzucili się bezładną bandą w stronę wejścia do szkoły — z wrzaskiem, gwizdem, piskiem i łomotaniem kijami po sztachetach ogrodzenia. Nie sposób ich uciszyć i zatrzymać. Poprowadziłam więc same dziewczynki. Z trudem udało mi się przecisnąć przez rozhukany tłum tarasujący dostęp do drzwi. Kiedy nawoływałam do rozstąpienia się — śmieli się bezczelnie w nos. Sztuką było przekręcić klucz w zamku. O mało mnie nie stratowali. Wpadli do klasy krzycząc, bijąc się, skacząc po pulpitach, spychając z ławek. Każdy szukał miejsca najdalszego od nauczycielskiego stolika i tablicy.

 

Dziewczynki zachowywały się przyzwoiciej — raczej z obawy o sukienki niż z szacunku do szkoły i nauczycielki. Czy za Niemców działo się tu podobnie? Musiałam zaraz pierwszego dnia uciec się do pomocy linii. Dopiero wtedy udało mi się rozsadzić ich w jakimś porządku według wzrostu. Dziewczynki koło okien. Mówienie normalnym głosem: — Proszę o ciszę, spokój! — przechodzi chłopakom mimo uszu, jest jak groch o ścianę. Ale kiedy ryknęłam groźnie: — Ruhe! Maul halten! — zrozumieli. Pogroziłam jeszcze linią. To przemówiło do nich.

 

                Znać, że kij i złe słowo musiało tu być stosowaną stale metodą pedagogiczną. Patrząc teraz na rozognione, rozwydrzone twarze, na ich bezczelne, wyzywające, wrogie spojrzenia gotowa jestem uwierzyć, że na tych wychowanków herr lehrerów i Hitlerjugendu bat jest niezbędny. Zaczęłam po kolei wywoływać do stolika. Najpierw najmłodszych. Nie chcą wychodzić z ławek, boczą się. Muszę wyciągać za ramiona. Mała dziewczynka — pytam: — Jak się nazywasz? — Główka opuszcza się na dół. Powtarzam łagodnie: — Powiedz, jak się nazywasz? — Zduszony płaczem szept: — Ich verstehe nicht. — Więc trzeba jednak w polskiej szkole powiedzieć: — Wie heisst du, wann geboren? — Kiedy urodzony? — Sypią się daty: 1938, 1937, 1936, 1935, 1934, era hitleryzmu wiele tłumaczy. I tak. jedno po drugim, przechodzą przede mną uczniowie. Zapisywanych zwalniam — niech idą do domu. Do godziny 14 zdążyłam wciągnąć na listę połowę. Coś osiemdziesiąt razy musiałam zadać pytania: — jak się nazywasz — wie heisst du? Kiedy się urodziłeś — wann geboren? Deine Adresse — twój adres. Imię matki — Muttersname, imię ojca — Fatersname i zawód — Beruf.

 

W głowie mi się kręci, w uszach szum, przez który słyszę dochodzące z lagru: — Du alte Kuh! verfluchte Polacke.

 

                Nie robię pauz. Chłopaków trzymam w ławkach przez cały czas. Oklapli. Siedzą cicho. Linia leży pod moją ręką. — Macie przyjść jutro na godzinę ósmą rano. — Tłumaczę, nie siląc się na poprawność: — Morgen um acht kommen hier!

 

Rozpacz! Jak się z nimi porozumieć — w przenośni i dosłownie? Język niemiecki znam bardzo słabo. W lagrze nauczyłam się przede wszystkim wymyślań. Tu trzeba będzie tłumaczyć każde słowo — wyraz po wyrazie. Dobrze, że przewidująco zakupiłam w księgarni nauczycielskiej na Rynku w Opolu słowniczek polsko-niemiecki. Ale jest mały, ubogi. Brak w nim nawet najważniejszych słów. Naprawdę rozpacz! Nie tylko że moi uczniowie to banda pohitlerowska, ale jeszcze głucha i niema w polskiej mowie i piśmie. Ręce mi opadają już po pierwszym dniu szkoły. Wracam do domu z uczuciem przegranej — załamana zupełnie. Mama pociesza. Antek radzi: — Jutro skończ zapisy i jednocześnie przeprowadź lekcję polskiego zaczynając od „dzień dobry”. Jako modlitwa tylko: „W imię Ojca i Syna...” Potem: „siadajcie, wstań, siądź, wstańcie, siadajcie, idź na miejsce, chodź do tablicy, do widzenia”. Potem podziel dzieci na cztery grupy według wieku. W każdej będziesz miała po 30 — 40 uczniów. Taką gromadkę łatwiej poskromić i utrzymać w karbach. I i II oddział będzie uczył się po godzinie dziennie — im wystarczy. III i IV, najstarszy, po dwie godziny. To wcale niemało — dla ciebie wypada w sumie po sześć godzin zajęć dziennie.

 

                Antek ma rację. Posłucham.

 

                Dzieci zgłosiły się do szkoły z gołymi rękami, ani zeszytu, ani pióra czy ołówka. Zapytałam kilkoro — nie mają w domu, a kupić nie ma gdzie.

 

                — Przecież teraz nie ma nawet sklepu — zauważył pogardliwie jeden. Po niemiecku naturalnie.

 

                Co robić? Skąd wziąć z dnia na dzień minimum 150 zeszytów, po jednym na głowę. I kto za nie zapłaci? Ślązacy nie mają pieniędzy. Marka straciła wartość, wyszła z obiegu. Złotych nikt im nie daje. Żaden zakład pracy nie działa. Za roboty gminne płacą „autochtonom” żywnością. I znów Antek przyszedł mi z pomocą: — Idź do fabryki likierów na końcu alei Powrotu. Sama fabryka spalona, w gruzach, ale po prawej stronie został magazyn butelek i nad nim na pierwszym piętrze, pokoje biurowe. Tam zachowały się stosy wszelkiego rodzaju formularzy, kwitariuszy, arkuszy, wykazów itp. Ja sam do biura mojej fabryki czerpałem z tego zapasu różnego rodzaju papier.

 

                Wzięłam synków i udaliśmy się na szaber.

 

                Dwa duże plecaki wyładowane „papeterią” zanosimy wprost do szkoły, trzeci do domu, dla szkolnej kancelarii. Chłopcom polecam wózkiem pojechać po butelki. Aś nie omieszkał zrobić uwagi: — Mama nas uczy szabru, a szaber psuje charakter. Żeby mama potem nie miała do mnie pretensji.

 

Wtorek, 4 września

 

                Skończyłam wykaz uczniów Szkoły Powszechnej w Wyzwoleniu. Obejmuje 155 nazwisk. W tym stwierdziłam obecność dziesięciorga dzieci, z którymi można rozmawiać po polsku. Jest jeszcze kilkoro, z którymi dogaduję się i parę małych, które wstydzą się w ogóle odezwać. Reszta — ogromna, przytłaczająca większość (circa 90%) — ani słowa po polsku — nie mówi, nie rozumie. Ich rodzice natomiast, z małymi wyjątkami, władają mniej więcej, a nawet niekiedy bardzo dobrze, polskim językiem. Dzieci nie uczyli polskiego — tłumaczą — bo za Hitlera karano za to lagrem.

 

                Rozdałam papier na zeszyty i kwitariusze na słowniczki. Każdy ma już na czym pisać. Kazałam na jutro poskładać i pozeszywać zeszyty.

 

 

 

                Czwartek, 6 września

 

                W szkole praca z mniejszymi grupami — oddziałami — idzie lepiej. Najłatwiej dać sobie radę z najmłodszymi, najtrudniej utrzymać w ryzach starszych chłopaków. Mało, że mnie nie chcą słuchać, teraz biją się między sobą — na noże! Przez ostatnie dwa dni odebrałam, zakrwawione już, cztery noże. Przydadzą się w kuchni! Okazuje się, że wszyscy od 11—12 lat chodzą uzbrojeni. Noszą przy pasku, jawnie, „finki” albo ukryte w kieszeni ostre, długie noże rzeźnicze, zagięte ogrodnicze lub po prostu kuchenne do skrobania ziemniaków. Przy byle okazji chłopcy je wyciągają... Poznać, w jakim duchu wychowywał Hitlerjugend! Zapowiedziałam w klasie surowo, że zabronione — „verboten” — przynosić do szkoły noże — „meser”, bo ja każdy nóż... i włożyłam do mojej własnej kieszeni leżący właśnie na stole — bez słowa! Gest pojęli najdokładniej. Wystrzegają się, ale robią swoje. Nie łudzę się!

 

                Niemieccy nauczyciele byli podobno często zdymisjonowanymi feldfeblami. Oni nadali ton — metody wojskowe — szkole. Uczniów trzymali w żelaznej dyscyplinie. Konsekwencje systemu ponoszę przede wszystkim ja, pierwsza polska nauczycielka. Chłopcy na głos nie reagują, dopiero widok linii działa uspokajająco. Smutne! Dzieci patrzą na mnie ironicznie, lekceważąco, uważają za ofiarę, safandułę. Myślą, że ja ich się boję, bo jestem sama jedna przeciw całej gromadzie. Rodzice uczniów mają pretensje, że nie wychowuję, nie „ćwiczę” ich latorośli. Kijem.

 

Zapomniałam wspomnieć o tym, że prawie od dnia przyjazdu stołujemy się w stołówce. Z aprowizacją u nas jest bardzo źle. Kartofle z zeszłorocznego kopca, grzyby własnego zbierania, trochę jabłek z własnych drzewek i ostatnio litr mleka od starej Sury. Sura, śląska chłopka-sąsiadka, „lubi Polaków”. Ma dwie krowy. Ale co znaczy szklanka mleka dziennie na osobę? Chłopcy dostają jeszcze po drugiej — koziego — na kolację, od Frühaufki. Dobrze chociaż, że — jako pracująca — mam prawo do kilogramowego bochenka chleba dziennie. Aś co dzień chodzi po niego do piekarni. Piekarnia działa. Znając warunki, w jakich przyszło tu żyć osiedleńcom, repatriantom, a też i części bezrolnych autochtonów — władze polskie wydały zarządzenie otwierania w gminach darmowych stołówek dla pracujących i ich rodzin. Korzystamy chętnie z naszej. Zje się i zobaczy całe miejscowe towarzystwo. Atrakcja. W Wyzwoleniu, gdzie nie ma ani teatru, ani kina, ani radia, ani nikogo ze znajomych, ani książki, no i czasu na rozrywki, przyjemnie jest posłuchać przy obiedzie plotek. Przy dwóch długich stołach siada zazwyczaj miejscowa „elita”, Antkowie, a także my czworo.

 

                Stołówkę w Wyzwoleniu prowadzi pani Kozakowa, Ślązaczka z Radziejowa, żona rzeźnika, młoda jeszcze, ładna, miła kobieta, doskonale mówiąca po polsku. — U nas wszyscy po polsku-śląsku. Na wioskach nigdy nie używaliśmy niemieckiego. To tylko we Freiburgu — obecnie Wyzwoleniu (przed Hitlerem też tak się mówiło u nas Wyzwolenie, wróciła stara nazwa) — mieszkało wielu Niemców i było po niemiecku.

 

 

 

                Wtorek, 11 września

 

                Wczoraj znowu byłam w Opolu na konferencji kierowników rejonowych.

 

                Inspektor frasuje się warunkami w Wyzwoleniu.

 

                — No tak, 155 uczniów na was jedną koleżankę, to bardzo ciężko. I nie rozumieją po polsku? Róbcie, koleżanko, co możecie, jak możecie i ile możecie. Jeżeli tylko trafi się kandydat, poślemy go przede wszystkim do was!

 

Dobrze, że władza rozumie moje położenie, ale ja chciałabym dokładnego objaśnienia, jak prowadzić lekcje. Najwięcej przydałby mi się podręcznik nauki języka polskiego dla Niemców (brak takowego w księgarni). Ale z drugiej strony — śląskie dzieci nie Niemcy! I tak mi przykro, że aby być zrozumianą, muszę zwracać się do nich w mowie Hitlera!

 

                Dziś w szkole „rozsprzedałam” ołówki kupione w Opolu na „szaber—placu”.

 

Tymczasem za darmo. Dzieci mają mi odnieść należność w najbliższym czasie. Nie stać mnie na robienie prezentów setce uczniów. Wystarczy, że za własne pieniądze kupiłam do użytku szkolnego kilka kolorowych kredek. Bez nich nie zrobię ani ogłoszenia, ani afisza czy gazetki.

 

                Ołówki rozdałam najbardziej potrzebującym. Starszy Szweda, wziąwszy swój, obejrzał go dokładnie i nie omieszkał zrobić głośnej uwagi, zwracając się do całej klasy, ma się rozumieć, po niemiecku: — Natürlich — ołówki z niemieckiej fabryki Fabera albo Hartmutha. Nie polskie. Nauczycielka nie mogła kupić polskich ołówków, bo takich w ogóle nie ma. W Polsce nic nie ma teraz. A przedtem, przed wojną, też nigdy nic nie było. Wiadomo — polnische Wirtschaft.

 

                Zachłysnęłam się słowami protestu. Co pomoże słowny protest, kiedy Szweda ma rzeczowy dowód w postaci ołówka (i to ode mnie). Co winien mały, głupi Szweda? On powtarza przecież tylko opinię, którą wpajano w niego dotąd w niemieckiej szkole, w Hitlerjugendzie, a może i w domu. Kim są naprawdę rodzice Szwedy? Bóg wie! Nikt mi tego ze znających ich autochtonów nie zawierzy. Jestem obcym elementem wśród nich.

 

 

 

                Wtorek, 18 września

 

                Całe popołudnia zajmuje mi normalnie opracowywanie lekcji. Jestem tyleż nauczycielką, co tłumaczką. Zaczęłam stosować podobny system, jaki stosowali przed wojnę metodyści — naukę języka za pomocą śpiewu. Ale to piekielna robota! Nawet tłumacząc na niemiecki tylko w bezokolicznikach, bez form gramatycznych, tylko tyle, aby dzieci zrozumiały sens treści i same sobie dopowiadały przypadki, liczby, osoby itp. po niemiecku, wyszukiwanie słowa w słowo słów piosenki w słowniczku pochłania moc cennego czasu. Po trzech latach lagru sama konieczność parania się językiem niemieckim potrafi obrzydzić życie. Robię się nerwowa. Zaczynam używać przy lada okazji lagrowego powiedzonka: „scheissegal”. Jeśli uczniowie chcą używać brzydkich wyrazów i nauczą się ich ode mnie — proszę bardzo — po szwabsku pozwalam.

 

                Jedna pociecha i ułatwienie w nauce piosenek to fakt, że tutejsze dzieci mają doskonały słuch. W mig łapią melodię. Gorzej z wymawianiem. Czy nie mogą opaść ręce, gdy po dwóch tygodniach wkuwania, powtarzania, najstarsza grupa zaśpiewa ci zgodnym chórem: „O cimio, ti cimio ziroto" — zamiast za poetką: „O ziemio, ty ziemio sieroto”. Oszaleć.

 

Męczę się jednak (a zwłaszcza gardło) znacznie więcej. Ale cóż — trzeba! Małe całkiem dobrze śpiewają już „Wlazł kotek na płotek” i są w trakcie prób „Hej tam pod lasem”. Starsze śpiewają też „Hej tam pod lasem”, ale przede wszystkim ćwiczę „O ziemio, ty ziemio” — Konopnickiej z muzyką Moniuszki. Idzie im wcale znośnie.

 

                Wójt mnie wyznaczył z urzędu jako przedstawicielkę oświaty w Gminnej Komisji Weryfikacyjnej.

 

                Zdarzył się jeden wypadek, charakterystyczny dla stosunków na Opolszczyźnie, wykazujący, jak dalece mogą mylić pozory. Do lokalu Komisji Weryfikacyjnej w Wyzwoleniu musieli zgłaszać się mieszkańcy wszystkich wiosek należących do naszej gminy. Schodzili się więc pieszo, przyjeżdżali na rowerach; starych i chorych przywożono. Przyjechała więc wozem jakaś staruszeczka, bardzo niedołężna. Dwóch mężczyzn wniosło ją i posadziło naprzeciw wójta. Ten, swoim zwyczajem, bardzo głośno — więc groźnie — zwrócił się z zapytaniem: — Wie heissen Sie?

 

                Schulzowa przybladła, ale milczy uparcie. Wójt ryczy jeszcze głośniej — ciągle po niemiecku — jak się nazywa, kiedy urodzona, gdzie mieszka? Wie, wann, wo?... — sypią się pytania.

 

                — Ale głucha jak pień — robi uwagę przewodniczący w stronę komisji.

 

                Babina rozejrzawszy się bezradnie po twarzach obecnych dostrzega mnie — siedzącą najbliżej — jedyną kobietę w licznym gronie. Złapała mnie za rękę — nachyliła się: — Pani, powiedzcież mi, a czego ten Niemiec taki na mnie gniewny, taki zły? Czego tak okropnie krzyczy i po niemiecku szwargoli? Ja przecież nie głucha, tylko po niemiecku i słowa nie rozumie. Toć ja tutejsza, Ślunzaczka katolickiej wiary, i ślunskiej mowy! Pani! ratujcie mnie, żeby mnie ony nie wysłały do tych psubratów hitlerów!

 

                Ogólna konsternacja! Dyrdymała szczerze skonfundowany tłumaczy, że zmyliło go niemieckie brzmienie nazwiska, że posądzał Schulzową o głuchotę. Annie Schulz osiemdziesięciopięcioletniej Ślązaczce, nie znającej wcale języka niemieckiego, przyznano jednomyślnie prawo do złożenia kości na śląskim cmentarzyku obok jej męża Pawła Schulza...

 

                Dobrze, że już po wszystkim, choć władze polskie okazują wysiedlanym Niemcom względy, o jakich nawet marzyć było nie sposób Polakom wypędzonym z Poznania, Pomorza, Łodzi, a już szczególnie z Zamojszczyzny. U nas nikt nie rozdziela rodzin, nie odbiera matkom dzieci. Wysiedlanym zostawiono dość czasu na zlikwidowanie tutejszych interesów. Pozwolono zabrać wszystkie rzeczy osobiste. Zorganizowano im transport do granicy specjalnym pociągiem w osobnych wagonach.

 

Piątek, 28 września

 

                Wczoraj jeździłam do Opola po moje pierwsze służbowe pobory. Już bardzo brak w domu pieniędzy. Dobrze, że właściwie za nic — poza chlebem — nie muszę płacić gotówką. Cała reszta jest owocem handlu wymiennego. „Ile sacharyn albo pudełek zapałek kosztuje pół kilo słoniny?”

 

                W Inspektoracie trzeba było czekać na pieniądze. Bank skrewił czy coś takiego. Nie byłam sama jedna. Gromada nauczycieli też klęła. Dla zabicia czasu opowiadaliśmy sobie anegdoty z naszych szkolnych doświadczeń.

 


                Z czwartku na piątek — noc przy świecy

 

                5 października

 

                Niespodziewanie z gminy zażądali ode mnie „wykazu posiadanej pościeli: pierzyn, kołder, koców, derek, poduszek, piernatów”. Dałam. Dziś przyszło do mnie dwóch milicjantów: — Obywatelka pozwoli — wpakowali się do pokoju i dalejże oglądać, liczyć, ze spisem w ręku porównywać, macać pościel na łóżkach. Przyglądałam się ich manipulacjom lekko zdumiona. Wychodząc rzekli: — No, no, faktycznie prawdę podaliście! Mizerne kocyki, więcej nic. Jak wy możecie tak spać? Proszę nie wychodzić z domu, my tu niedługo wrócimy. Dostaniecie pościel. — Uradowałam się! Przyszli obładowani pościelą. — To dla kominiarza. Tu potrzebny! Bez nauczycielki można żyć — i rzucili na łóżko dwie bardzo mizerne cienkie sztuki. Pewno, że lepsze coś niż nic. ale poczułam żal.

 

                Od października zlikwidowano stołówkę. Jest już jakoby zbyteczna z chwilą wprowadzenia przydziałów kartkowych. Prawda — dostałem na kartki dla siebie i trzech nie pracujących członków rodziny razówkę żytnią (wymieniam ją na chleb), płatki owsiane, śrutę jęczmienną, trochę cukru i olej rzepakowy. Wójt kazał rozdać między stołowników używane w stołówce naczynia stołowe. Na mnie przypadły cztery ciężkie głębokie talerze z grubej porcelany, cztery płaskie, cztery średnie i tyleż spodków, poza tym cztery opalone filiżanki każda z innej wsi. Tyle zyskałam na zamknięciu stołówki!

 

                — Obrastamy w pierze — śmiałyśmy się z Niusią, bo Antkowie otrzymali również porcelanę i to na pięć osób.

 

Sobota, 6 października

 

                W szkole pomaleńku nauczam polskiego. Niektóre dzieci — przeważnie dziewczynki — robią postępy, starają się. Szczególnie te, których rodzice rozmawiają z nimi obecnie już po polsku. — Za Hitlera, za używanie polskiej mowy karano nawet lagrem, trzeba było „deutsch sprechen”, teraz za to każdy przyłapany na głośnym mówieniu po niemiecku w miejscu publicznym płaci w urzędzie gminnym pięć złotych kary — doraźnie. Są więc w Wyzwoleniu tacy, którzy na ulicy mówią tylko szeptem, żeby uniknąć wydatku. Zostało tu i po weryfikacji sporo Niemców.

 

                Miałam w szkole małą tragedię, dającą dużo do myślenia. Peter Richter, dwunastoletni syn starego Richtera (jednego z dwóch malarzy pokojowych, który jako pożyteczny Niemiec i „porzundny” człowiek otrzymał obywatelstwo polskie) został mocno pobity przez kolegów. Rozpędziłam kijem napastników w samą porę. Byliby go więcej ukrzywdzili. Petrek nie chce mi powiedzieć, za co, kto. Dopiero mała Marysia Bar powiedziała: — Tamci zbili Petra za to, że on tak pilnie uczy się po polsku i że słucha panią. Oni zdzierżyć tego nie mogą.

 

                Oni! Kto taki? Uczniowie polskiej jednoklasowej szkoły. Wszyscy starsi, ponad dziesięć lat. Wszyscy tutejsi. Helmut i Ernest Dorzogowie, doskonale mówiący po polsku, którzy prawie co dzień przychodzą do mego domu, żeby bawić się z moimi synami także? Helmut nawet przewodził w napaści na Petrka.

 

                Ludzie przyjezdni — Polacy — mówią, że starsi chłopcy odbywają w lesie ćwiczenia wojskowe. Ktoś ich podpatrzył. Komenda tylko niemiecka. Kto im przewodzi? Ludzie powiadają — Wehrwolf. Więc uczniowie polskiej szkoły spiskują przeciw niej — przeciw Polsce?

 

                Przywykliśmy patrzeć na Ślązaków przez pryzmat powstań śląskich, walki z Hakatą, plebiscytu, w którym Śląsk Opolski w dziewięćdziesięciu procentach opowiedział się za przynależnością do Polski. Od tamtego okresu do wojny w 1939 roku minęło prawie dwadzieścia lat. Narastało nowe pokolenie. Niemcy nie zasypiali sprawy. Propaganda odchodziła konsekwentnie, bez skrupułów. No i nastał Hitler. Za jego czasów pobudowano asfaltowe szosy, zgrabne domki (taki jak nasz — za pożyczkę państwową — postawiony przez ubogiego listonosza), różne urządzenia publiczne, heimy, stadiony sportowe. Na Opolszczyźnie, na Dolnym Śląsku! To brało — to przekonywało.

 

Tradycje powstaniowe „starzyków” bladły, tym bardziej ze władze hitlerowskie postarały się niewygodnych sobie ludzi zlikwidować. Ginęli w więzieniach, obozach. Inni byli zmuszeni milczeć albo chronić się poza granice Rzeszy.

 

                Moi uczniowie to pokolenie wyrosłe, wychowane już za panowania faszyzmu, w jego duchu. Nie pamięta, nie przeżyło ani powstań, ani plebiscytu. A jeśli w którymś z domów żyje jeszcze starzyk-powstaniec, nie mówi nic o tamtych sprawach z młodymi.

 

                Rzesza nie szczędziła pieniędzy na różne formy propagandy prohitlerowskiej, antypolskiej. Hasło „Kraft durch Freude” wcielano w życie organizując dla młodzieży — także na Śląsku — festyny, kolonie wakacyjne, obozy, zawody sportowe, wycieczki, przeróżne uroczystości. Wszystko wspaniałe, w powodzi światła, flag ze swastyka, przy dźwiękach orkiestr...

 

                Wycofując się z tych terenów Niemcy siali jeszcze propagandę, jeszcze straszyli miejscową ludność, czekającą na przyjście Polski jak na wybawienie. Polska dla starszego pokolenia Ślązaków opolskich otoczona była nimbem... Autochtoni w naszej gminie są ludźmi prostymi, chłopami, którzy sądzą o tym, co sami widzą, co sami na własnej skórze odczują. Polską władzę reprezentuje dla nich urząd gminny (najwyżej powiatowy w Opolu). Polska jest taka jak osoba polskiego wójta, urzędnika, milicjanta, nauczyciela — i idące za nimi porządki.

 

                Mówiąc szczerze, gdybym ja sama miała poznać Polskę na poziomie gminy Wyzwolenia, bardzo wątpię, czy budziłaby w mym sercu szacunek! Kogo przysyła się tu jako władzę? Co pod ręką! Nikt poważniejszy, zasłużeńszy nie podejmie dobrowolnie pracy na takim wygnaniu.

 

 

 

                Niedziela, 7 października

 

                W magazynku szkolnym na nie zauważonym i dlatego nie okradzionym podstryszku znalazłam podręczniki niemieckie, wydane w Berlinie „fur Oberschlesien”. Przekonałam się, że dla dzieci i młodzieży na Śląsku Berlin wydawał specjalne książki do nauki, np. podręcznik do geografii. Co zawiera? Dużo wiadomości o Polsce. Można podziwiać konsekwentną systematyczność, z jaką autor dziełka uczy lekceważyć Polskę, jak Ją szkaluje, zohydza w oczach uczniów śląskich. Za słabo znam niemiecki (i gotycki druk), żeby móc dokładnie zapoznać się z treścią około dwustu bitych stron. To, co zrozumiałam, wystarczy mi!

 

W niemieckiej książce do geografii dla Ślązaków wystarczyło pokazać ilustracje, żeby unaocznić dwunasto-czternastolatkom różnice między gospodarnością i porządkiem niemieckim a „polnische Wirtschaft”. Dla przykładu: oto szeroko rozlana, powodziowa Wisła, przez nią przerzucony most na pontonach (pewno przez wojsko z doraźnej potrzeby), mostem jedzie chłopski wóz w chudego konika zaprzężony. Pod obrazkiem komentarz, że tak wygląda główna rzeka Polski, że cala dolina Wisły jest nie zamieszkałym, nie zagospodarowanym bagnem. Obok dla kontrastu zdjęcie Mozeli płynącej uregulowanym korytem wśród tarasów pokrytych winnicami: „…a tak wygląda jedna z rzek w Niemczech. Zauważcie różnicę”. Dalej nieco widoczek z Łodzi. Na pierwszym planie wielka kałuża przed wpół rozwaloną chałupą, w głębi szereg dymiących kominów fabrycznych. Podpis: „Polnischewirtschaft und deutsche Industrie”. Parę stronic za tym kilka nowoczesnych willi-kubików z płaskimi dachami na tle gór (prawdopodobnie Beskidy), obok osiedle górskie w tyrolskim stylu. Objaśnienie: „Nieudolność polskiej architektury oszpecającej krajobraz i zharmonizowane z otoczeniem piękno niemieckiego budownictwa”. I tak dalej przez wszystkie karty podręcznika.

 

 

 

                Czwartek wieczór, 25 października

 

                Dowiedziałam się właśnie ostatnio, że w urzędzie gminnym, tuż pod ręką, zakonspirował się polski nauczyciel. Doprawdy! Poznałam go przypadkiem przy okazji załatwiania sprawy opałowej. Jest kierownikiem Referatu Wojskowego. Niewysoki, łysy sierżant. Przyznaje się do dwudziestu dwóch lat pracy nauczycielskiej!

 

                — No to po co, u licha, tkwi pan za biurkiem referenta, zamiast być w klasie, nauczać dzieci?

 

                — Albo ja głupi męczyć się z cudzymi bachorami, kiedy tu mam ciepło, wygodnie, spokojnie, nie napracuję się, dzień za dniem zbiega, pensja leci.

 

                — Nawet mówić tak — grzech! Nie mogę tego słuchać. Ja obarczona stu pięćdziesięciu pięcioma uczniami i kierownictwem rejonowym. Kolego! Miejcież sumienie i litość — przyjdźcie do szkoły! Inspektorat nie jest w stanie ściągnąć do Wyzwolenia kogokolwiek mnie do pomocy, to przez ten brak komunikacji kolejowej. A wy jesteście już tu na miejscu.

 

                — Niespieszno mi do hałasu szkolnego. Muszę odpocząć po wojsku, po wojnie.

 

Czwartek, 28 listopada

 

                Zarwałam pół nocy, aby sporządzić urzędowe pisma do każdego z ośmiu sołtysów w gminie, polecające dostarczenie wykazów dzieci roczników 1934—1942 i izb lekcyjnych w szkolnych budynkach. Nie ma kalki, muszę przepisywać druczkiem osiem razy to samo. Inspektor szkolny chce mieć pełny obraz potrzeb.

 

 

 

                Czwartek — wieczór, 6 grudnia

 

                Sołtysi przynosili mi dziś do szkoły przez wszystkie lekcje żądane wykazy. Starałam się każdemu przedstawić choć fragment pracy szkolnej. Bachorki zachowywały się nad podziw karnie. Widocznie sołtys--Ślązak przedstawia dla nich jakąś ważną władzę. A prócz jednego — wszyscy sołtysi to Ślązacy. Miałam okazję poznać ich. Chociaż w dzień roboczy wyglądają na zwykłych, prostych chłopów, sądząc po starannie porubrykowanych i wypełnionych arkuszach spisów, znają się i na kancelaryjnej robocie, są uczeni w piśmie.

 

 

 

                Niedziela, 9 grudnia

 

                Pogoda dopisuje! Sucho, ciepło. Słońce przymglone, nie grzeje, ale świeci. Wczoraj, jak było umówione z sołtysem Ciurlokiem, wybrałam się do Górzyc. Poszłam wprost z kościoła aleją Opolską. Wielkie dęby rosnące po obu stronach nie straciły rudych, zeschłych liści. Sypią nimi przy najlżejszym powiewie wiatru. Na drodze mijam grupki ludzi idących z nabożeństwa. Postrojeni, dostojni. Wielu mnie pozdrawia — już zna „rechtorkę”. Przyjemnie. Przechodzę koło fabryki Antka. Od paru tygodni ruszyła z produkcją. Brama zamknięta — dozorca w dyżurce — znać ład. Na podwórzu wielkie sterty zielonych gałązek sosny. Ładnie pachną. Osiemdziesięciu pięciu Ślązaków znalazło tu zatrudnienie. W większości kobiety, mężczyzn zaledwie kilkunastu z majstrem Kaliszem na czele. Ile Antek się namartwił, natrudził, nim uruchomił swój zakład. W planie było znacznie wcześniejsze rozpoczęcie pracy. Kiedy jednak wszystko przygotowano, ktoś ukradł nocą pasy transmisyjne. Takie świństwo zrobić pracownikom! Sabotaż? Dywersja? Bo co komu po pasach, na zelówki? Dochodzenie, milicja... Tymczasem nawet dość łatwo pasy się odnalazły. Gdzie? Zwyczajnie w Żabieńcu, w gorzelni — już w ruchu na tamtejszych maszynach. Brat je sam rozpoznał. Oburzył się, rozgniewał, toć rozbój na prostej drodze!

 

— Panie dyrektorze, szanowny obywatelu inżynierze — pięknie przemówił kierownik gorzelni, prawnik z wykształcenia — proszę zrozumieć moje położenie. Pasy były tu potrzebne, konieczne już, zaraz, natychmiast, inaczej gorzelnia staje. Stare pasy wyrzuciłem na szmelc. Nie miałem wyboru! Nigdzie, u nikogo prócz was, pasów nie znalazłem. Więc — vis maior — przyznaję, wziąłem! Biję się w piersi — mea culpa — ale pasów nie oddam, wykluczone! Ja panu radzę życzliwie starać się drogą urzędową jak najprędzej o nowe pasy. Przeciw mnie nic pan nie wskóra — uprzedzam!

 

                I rzeczywiście brat nic nie wskórał! Pasów gorzelni nie odebrał! Uzyskał tylko przyrzeczenie otrzymania pasów w pierwszej kolejności, gdy nadejdą z centrali. Czekał na nie miesiąc.

 


                1 marca — piątek

 

                Założyłam w szkole Kolo Czerwonego Krzyża. Dnia 24 lutego odbyło się pierwsze zebranie. Zapisało się trzydzieścioro dzieci — większość dziewczynek.

 

                Życie płycie. Zacieśniają się więzy znajomości. Poznaję coraz lepiej miejscowych ludzi. Wiem, że można zawsze spodziewać się pomocy ze strony Basiorka i Wybornego — gdy idzie o jakąś społeczną akcję. Pan Fuchs działa na terenie świetlicy pocztowej. Chór kuleje -— od czasu gdy organista Kochański uciekł do Niemiec, ale po trochu ześpiewuje się. Zaczęliśmy do spółki prowadzić kurs repolonizacyjny dla dorosłych. Dwa razy w tygodniu schodzi się do czterdziestu osób — w klasie. Uczą się chętnie — szczególnie pisania podań do urzędów. Pan Fuchs prowadzi czytanie. Con amore deklamuje kursistom Mickiewicza lub Słowackiego, potem wypisuje strofka po strofce na tablicy — tłumaczy na niemiecki i poleca podczytywać polski tekst.

 

                Męczy mnie dwukrotne chodzenie do szkoły. W dni kursu robię trzy kilometry drogi błotnistej, a wieczorem ciemnej. Muszę ściągnąć do szkoły Polowicza! Chce czy nie chce. Namową nic nie wskóram. Już postanowiłam! Napiszę i poślę do Inspektoratu, w jego imieniu, podanie o zatrudnienie w charakterze nauczyciela w szkole wyzwoleńskiej. Przyjrzałam się jego pismu — podpis łatwy do podrobienia.

 

 

 

                10 marca — niedziela

 

W piątek z Nusią, masłem, twarogiem i drogomistrzem — gminnymi końmi pojechaliśmy wygodnie do Opola.

 

Ja na konferencję kierowników. Korzystając z okazji znów zaplombowałam ząb. Nocowałam u Adzi. Nusia wracała z drogomistrzem zaraz po obiedzie.

 

                Wrzuciłam do skrzynki „podanie Połowicza”. Daj Boże, żeby odniosło skutek!

 

                Z samego rana zgłosiłam się w biurze PCK z żądanym spisem sierot w gminie Wyzwolenia. Jest ich, w wieku od sześciu do szesnastu lat, 25 sztuk. Mianowano mnie ich opiekunką (jeszcze jeden obowiązek)

 

i z miejsca obarczono misją doręczenia im po puszce konserw unrowskich. Upakowałam potem w plecaku 16 kilogramów sierocych plus 4 kilogramy własnych sprawunków. Niewąsko!

 

 

 

                17 marca — niedziela

 

                Wczoraj, w sobotę, Polowicz otrzymał z Inspektoratu nominację od dnia 1 kwietnia. Prawdziwy prima aprilis! Piorunem załatwiono podanie. Dzięki Bogu! Byłam ciekawa reakcji Polowicza na niespodziewane dla niego, a oczekiwane przeze mnie, pismo. Wstąpiłam właśnie do gminy dowiedzieć się dyskretnie o biegu sprawy, kiedy nadeszła poczta. Polowicz czytał urzędowy, powołujący go do pracy w szkołę, list z rozpromienioną miną.

 

                — A jednak przypomnieli sobie o starym nauczycielu i potrzebują go! Pani kierowniczko, melduję, że z dniem 1 kwietnia stawiam się na pani rozkazy w klasie.

 

                Oszustwo popłaca! Będę miała nareszcie pomoc w szkole!!!

 

 

 

                1 kwietnia — poniedziałek

 

                Miły poniedziałek! Dziś punktualnie o godzinie 8 rano stawił się w szkole — dla podjęcia obowiązków nauczyciela — kolega Jan Polowicz. Tak to brzmi oficjalnie. Nieurzędowo: kolega przyszedł w rogatywce na łysinie, w owijaczach i wojskowym mundurze — chociaż bez odznak. Chce mi się zwracać do niego per „obywatelu sierżancie”. Obejrzeliśmy sobie razem naszych uczniów i postanowiliśmy w dwóch starszych klasach znieść koedukację. On weźmie do dobudowanej nowej klasy chłopców w wieku dziesięciu do czternastu lat i będzie miał z nimi osobno wszystkie przedmioty lekcyjne przez trzy godziny dziennie, a przez następne trzy nauczać będzie starsze dziewczynki. Kolega poprowadzi jeszcze wychowanie fizyczne, a ja — śpiew dla wszystkich dzieci w szkole. Tak rozdzieliliśmy między siebie zajęcia. O ile łatwiej, lżej pójdzie mi teraz praca.

 

26 maja — wieczorem

 

                I już po Święcie Matki! Bardzo się udało! Naprawdę było ślicznie. Nie obeszło się bez niespodziewanych dla organizatorów efektów. Np. chór dziewcząt śpiewając murmurando „Ave Maria” ukląkł i złożył modlitewnie ręce — na scenie wyglądało to idealnie. Chłopcy mruczący „Wszystko co mamy” przybrali pozycję na baczność salutując. Zadowolona byłam z tych dodatków nie uzgodnionych ze mną. Świadczyły, że dzieci przejęte były widowiskiem szczerze, nie tylko dlatego, że nakazane, ale przeżywały je po swojemu. Bardzo radosny dzień!

 

 

 

                27 maja — poniedziałek

 

                Inspektor poinformował nas, że dni między 9 a 16 czerwca wyznaczono na „tydzień szkoły”. My, nauczyciele, mamy za zadanie przeprowadzić skuteczną agitację — każdy na swoim terenie, żeby ludność opodatkowała się dobrowolnie na rzecz szkół. Za uzyskane tą drogą pieniądze zostaną zakupione pomoce naukowe i książki. Mamy sporządzić listy ofiar — protokoły, i w terminie odprowadzić zebraną gotówkę do Opola. Nie lubię naciągać ludzi na pieniądze! No, ale skoro trzeba...

 

 

 

                26 czerwca

 

                Dziś zakończył się rok szkolny! Pierwszy polski w Wyzwoleniu. Żegnam go prawie z żalem. Na początku był okropny — myślałam, że nie dam rady, ale od przyjścia na prima aprilis kolegi Połówki (tak go w rodzinie zwiemy) — zrobiło się od razu lekko i przyjemnie — Polowicz to skarb. Zakończyliśmy rok bardzo uroczyście. Mszą i słodkim przyjęciem w mojej wielkiej klasie. Matki prowadzące dokarmianie uczniów zrobiły setki słodkich kukiełek, piekarz je upiekł, ugotowało się na skondensowanym mleku kakao, nakryło obrusami stoły, udekorowało klasę zielenią, stoły bukietami, zaprosiło kilkanaście matek najpilniejszych uczniów i proboszcza. Dzieci popisywały się śpiewem, tańcem, deklamacją — głośnym czytaniem, a potem usiadły wszystkie do uczty. Było bardzo przyjemnie i suto. No i zaczęły się wakacje!

 


                16 lipca

 

                Wakacje — a pełne ręce roboty! Musiałam pozałatwiać sprawy przydziałów — dożywiania i sierocych.

 

Wykupiłam za pieniądze otrzymane od przedszkola mąkę, cukier, mleko itp., odebrałam z PCK kilka sukienek, ubranek i konserwy, przytransportowałam wszystko do Wyzwolenia. Korzystając z czasu obeszłam wszystkich moich dwudziestu pięciu podopiecznych. Tylko dwoje z nich mieszka na miejscu (chłopak dostał kombinezon), do pozostałych musiałam powędrować do Radzieja, Wólki, Myszołowców, Górzyc... Razem moje nogi przemierzyły z racji sierocego opiekuństwa ponad 40 kilometrów. Rozniosłam blisko 60 kilogramów darów. Męczące, choć przyjemne obowiązki. Spotykałam się z różnymi ludźmi. W Radzieju, Wólce — wszyscy mówią tylko po polsku, także dzieci przy zabawie. Sieroty przeważnie na opiece krewnych — zamożnych gospodarzy. W zasadzie nic im nie brak. Jednak opiekunowie chętnie przyjmują zapomogę w naturze dla wnuka czy bratanka-sieroty. Skoro się należy — nie zrzekną się jej na rzecz prawdziwie biednych!! W Wólce trafiłam do ślicznej śląskiej chaty, pozostałość po dawnej przeszłości. Drewniana chatynka strzechą kryta, ze ślicznymi odrzwiami nabijanymi gwoździami, ze starym piecem kuchennym z okapem, z niską, balkonową powałą, z chruścianym płotem wokoło obejścia. Sielsko, anielsko. Tu głos Hitlera nie miał dostępu (Wólka nie została „za Niemca” zelektryfikowana). Mieszka tu babcia z dwojgiem wnucząt-sierot i dorosłą córką. I staruszka, i dziewczyna ciężko pracują, jednak sierotki mają pyzate buzie, wesołe oczki i czyste koszulki. Zostawiam parę puszek z UNRRA i dwie sukienki. Zabieram ze sobą błogosławieństwo babci.

 

                Ogromnie przykre wrażenie zrobiły za to sieroty w Myszołowcach. Z trudem je odnalazłam. Tu wiele kolonistów niemieckich. Tak jak w Wyzwoleniu słyszy się niemiecki język. Wieś zaniedbana (gdzie ta osławiona czystość germańska?). Mrukliwi ludzie patrzą spode łba. Trafiłam wreszcie do wpół rozwalonej chałupy. Dach okrywa tylko jedną izbę — reszta w ruinie, z opuszczenia i nędzy. Rodzice umarli „z choroby”. Żyją trzy córki. Najstarsza wyjechała na służbę. W domu zostały dwie dziewczynki. Wewnątrz chaty brud i smród, ciemno! Wybite szyby zastąpione szmatami. Żadnych sprzętów. Na dziurawych deskach podłogi nigdy nie szorowanej barłóg, słoma, jakieś szmaty. Dziewczynki (dwanaście i trzynaście lat) siedzą w domu. Do szkoły nie chodzą, bo nie mają sukienek, obuwia. Robią wrażenie półkretynek i są wpółślepe. W ogóle obraz nędzy i rozpaczy. Co tu pomoże puszka konserwy? (Zżerają w jednej chwili zawartość jednej, którą otworzyłam.) Co jedzą? „Co ludzie dadzą”. Chodzą wykonywać najbrudniejsze roboty u sąsiadów, czyszczą chlewiki, wyrzucają obornik, porządkują śmietniki.

 

                Moja opieka nic tu nie zmieni! Idę do sołtysa. Sławetny Gawełek nie chce nawet słuchać.

 

— Nie moja rzecz!

 

                Trzeba poruszyć wójta. Czerwony Krzyż...

 

                Rozdałam sierotom, co było do rozdania. Spotkam się z nimi dopiero po wakacjach.

 

 

 

                8 września

 

                Czas leci! Znów jestem w szkole. Kolegę Połówkę powitałam z przyjemnością, bałam się, że jeszcze ucieknie z Wyzwolenia. Chociaż Wyzwolenie robi się coraz „mieszkalniejsze”. Jest dostęp do niego. Od Wrocławia normalnie pociągiem. Od Opola (od Huty) takoż. A z dniem 1 sierpnia został uruchomiony autobus-ciężarówka do powiatu, robiący dwa kursy — tam i z powrotem — dziennie. Szosa ożyła. Pokazują się na niej dniem nawet kobiety na rowerach. Obok sklepu Rembalskich otworzono drugi spółdzielczy. Nie trzeba już soli dowozić z Opola. Mąki razowej nikt już nie chce na wymianę. Jest biała. Elektryczność coraz rzadziej gaśnie wieczorami. Nie używam już prawie karbidówki. Postęp! Z aprowizacją coraz lepiej.

 

 

 

                Niedziela 22 IX

 

                Z naszym proboszczem stosunki układają się coraz lepiej. Bardzo nam pomaga w pracy wychowawczej. Zawsze asystuję przy jego wszystkich zajęciach z dziećmi. Nic zarzucić. I ani słowa po niemiecku: żadnego überzetzowania — tłumaczenia, jakie ja sama stosuję ze słownikiem w ręku. O dziwo, uczniowie księdza rozumieją! Kolega Polowicz poprawia jego polszczyznę w tekstach kazań. Proboszcz uczy się każdego kazania na pamięć. Dlatego czyni tak wielkie postępy w mówieniu po polsku.

 

 

 

                28 IX

 

                Dzień imienin śp. Tatusia i czwarta już rocznica wyczytania mnie na transport do Oświęcimia. Zawsze pamiętna data.

 

                Tak więc gmina Wyzwolenie stanowi już rejon szkolny z prawdziwego zdarzenia. Obecnie mamy czynnych sześć punktów szkolnych) - siedmioma „siłami”. Postęp. Odbyła się już u nas jedna konferencja rejonowa z lekcją pokazową kol. Polowicza.

 

Każde z nas zabierało głos, bo każde czuło potrzebę wygadania się w rozumiejącym trudności drugich koleżeńskim gronie.

 

                Minął dopiero rok od wyzwolenia, a ile już zmian na lepsze w naszym rejonie szkolnym.

 

                Z urzędu jestem płatnikiem rejonowym. Pobieram w banku, przywożę i wypłacam bractwu pobory służbowe każdego pierwszego. Także ja odbieram osobiście w Opolu wszelkie przydziały żywnościowe i inne. Już dla mnie i Kasi było dość ciężko nosić kilogramami mąkę, kaszę, cukier, marmolady. Teraz doprawdy wypada znacznie ciężej dygować dla siedmiu. osób. Za to jest autobus! Mimo to czuję, jak trzeszczy kręgosłup pod ciężarem plecaka i urywają się ręce od pak.

 

 

 

                3 XI — niedziela

 

                Swego czasu proboszcz zaproponował, by chórowi szkolnemu akompaniowała pani Galka, była nauczycielka muzyki — obecnie pensjonariuszka wyzwoleńskiego domu starców. Chodzi nawet nie tyle o zarobek dla niej, ile o zajęcie, bez którego czuje się nieszczęśliwa, stara, nikomu niepotrzebna. Uzgodniliśmy, że dwa razy w tygodniu pani Galka spotka się z dziećmi w świetlicy pocztowców, gdzie jest pianino. Współpraca ze staruszką układa się jak najlepiej. Pani Galka ma świętą cierpliwość. Dzieci znacznie chętniej śpiewają przy akompaniamencie, lekcje nabrały znaczenia, a ja nie muszę zdzierać sobie gardła. Jednym słowem korzyści obopólne, a szkoła zyskała sumiennego pracownika.

 

                Pianino, które służy szkole, jest właściwie bezpańskie. Stoi w świetlicy pocztowców, ale dotąd nigdzie nie zostało zarejestrowane ani zgłoszone. Świetlica pocztowców faktycznie już nie egzystuje. Pianina prócz szkoły nikt nie używa, zdawałoby się wobec tego, że jeżeli szkoła złoży podanie do Urzędu Gminnego — instrument zostanie od ręki przydzielony szkole. Nic podobnego. Do bezpańskiego pianina roszczą sobie prawo już dwie postronne osoby.

 

 

 

                10 XI — niedziela

 

                Prowadzimy dwa razy w tygodniu kursy repolonizacyjne dla dorosłych, no i od listopada wzięłam się do roboty nad jasełkami. Chcę śląskiej ludności pokazać polskie jasełka. Staram się wciągnąć do imprezy jak największą liczbę uczniów.

 

Uczenie się ról, śpiewając i tańcząc, jest znacznie bardziej atrakcyjną formą przyswajania sobie języka polskiego od wykuwania słówek i przepisywania z tablicy.

 

                Ogromny kłopot sprawia mi konstrukcja szopki (według znanego mi rysunku Norblina), żeby pomieściła w swym wnętrzu św. Rodzinę, Trzech Króli i co najmniej jednego aniołka i jednego pastuszka. Reszta — żaczki, anioły, żniwiarze itp. — stanie po obu stronach żłobka. O zeszycie kurtyny z kap obiecały się postarać matki pastuszków.

 

                Wystroić blisko pięćdziesięcioro aktorów i udekorować scenę nie jest rzeczą najprostszą w wyzwoleńskich warunkach Anno Domini 1946.

 

                Marzę, żeby się udało, podobało... Dzień i noc obmyślam teksty, kombinuję — kto jako kto i w czym? Czasu do świąt tylko sześć tygodni.

 

 

 

                25 XI

 

                Nie mogłam dłużej ryzykować pozbawienia szkoły pianina teraz, kiedy jest nieodzowne! Trzeba przecież nauczyć dzieci kilku nowych kolęd, piosenek żniwiarzy, krakowiaka itp. Bez akompaniamentu pani Galki — ani rusz. Postanowiłam więc nie czekać na decyzję władz i przenieść, bez pytania o pozwolenie, pianino z poczty — do budynku szkolnego. No i dziś raniutko — przyszło sześciu najzaufańszych kursistów wieczorowych i cicho, bez hałasu przetransportowało sporny instrument. Ustawiliśmy go w kącie klasy kol. Polowicza i zamknęliśmy drzwi na solidny zamek. Niech teraz ktoś próbuje odebrać szkole pianino!

 

               

 

                Środa nocą 1 I 1947 r.

 

                I znów Nowy Rok! Wokół wielkie zmiany na lepsze. Opole się zaludniło. Otworzono wiele nowych sklepów, nawet prywatnych. Można już dostać prawie wszystko, co jest konieczne do bytowania. Aż się dziwią wyzwoleńscy sąsiedzi, że tak prędko — ledwo w dwa lata — odbył się powrót do pokojowego życia. Nie spodziewali się, że my, Polacy, potrafimy tak składnie gospodarzyć. Przyjemnie słyszeć pochwały z ust krytycznie przez długoletnią wrogą propagandę nastawionych Ślązaków!

 

7 I — wtorek

 

                Impreza jasełkowa udała się znakomicie, bardzo się podobała wszystkim, a ja dawno już tak się nie uśmiałam. Chociaż w zasadzie wszystko poszło zgodnie z planem, to jednak nie obyło się bez drobnych pośliźnięć i niespodzianek. Zaraz w pierwszej odsłonie nastąpiło niespodziewane rozmnożenie się aniołów zwiastujących pastuszkom narodziny Dzieciątka. Okazało się, że małe Ślązaczki, wzdrygające się od udziału w polskich jasełkach, ujrzawszy na generalnej próbie ukostiumowane pięknie anioły, pozazdrościły im i, postarawszy się o stroje, nie uprzedzając nikogo, zjawiły się na scenie w odpowiednim momencie. Zdębiałam ujrzawszy ten tłum różowych, białych, niebieskich, żółtych koszul z gęsimi piórami u ramion. W tej sytuacji pastuszkowie w sposób zupełnie naturalny odegrali przestrach. Potem już do końca przedstawienia miałam kłopot z upychaniem anielic. Za każdym świerczkiem, za szopką, za każdym skrzydłem parawanu tkwił przycupnięty „niebieski duch i poseł nieba”. Nie można zaś było odesłać ich precz, bo chciały koniecznie brać udział w ostatniej odsłonie — w żywym obrazie ze stajenką. A że śpiewały pięknie — zostały.

 

                Publiczność opuszczała Dom Ludowy zadowolona. Dziękowano szczerze; a szczególnie za nastrojowy finał jasełek. Kiedy dzieciaki zaintonowały jeszcze „Lulajże, Jezuniu” — widziałam łzy w oczach kobiet na widowni. Wzruszona publiczność wstała i ostatnią zwrotkę kolędy odśpiewała chórem razem z nami wszystkimi.

 

 

 

                17 maja

 

                W Opolu weszłam w porozumienie z dyrekcją Liceum dla Przedszkolanek. Jego dyrektorką jest była przełożona i właścicielka znanego liceum w Warszawie, która — co najważniejsze — prowadzi tutaj internat dla swych uczennic. Obiecała mi przyjąć kilka spośród naszych wyzwoleńskich uczennic — absolwentek nieco zakonspirowanej, prowadzonej przez zakonnice — doświadczone nauczycielki liceum — siódmej klasy. Gdybyż udało się pchnąć choć kilka młodych Ślązaczek do przedszkolanek, dać im średnie wykształcenie i zawód, a może i szansę dostania się później na studia wyższe! Nie pochwaliłam się w inspektoracie naszą zakonspirowaną VII klasą. Wątpię, czy dostałabym urzędowe zezwolenie na nią. 24 maja musiałam wyjechać na Zjazd Studium.

 

               

 

Spotkanie, po tylu ciężkich latach niewidzenia, z dziekanką prof. Radlińską, z koleżeństwem — było wzruszającym przeżyciem. Całą gromadą poczuliśmy się na nowo studentami — młodymi ludźmi, skorymi do żartów i wygłupiania. A znajdowali się w tym studiowym gronie tacy, co w międzyczasie wyrośli na profesorów, wizytatorów ministerialnych, kuratoryjnych, inspektorów i inne figury na wysokich stanowiskach. Dygnitarze zapominali o dygnitarstwie i gadali głośno, siedząc w ostatnich rzędach na sali obrad. Weseliłam się wśród nich na całego. O moją skromną karierę nie pytano. Dobrze mi było, nie czułam ciężaru minionego czasu ani kłopotów i smutków teraźniejszości.


Tematy pokrewne: Jadwiga Leszczyńska